Mój pierwszy rok kapłaństwa

Mój pierwszy rok kapłaństwa

28.06 2015 minął rok, od czasu jak zostałem wyświęcony na prezbitera. Msza była bardzo uroczysta, wiadomo, chóry, uściski, przytulasy i serdeczne uśmiechy. A potem…?

Po pierwsze spowiedź

;)

 

Jezuickie życie umie rozpieścić człowieka ogromem różnego rodzaju doświadczeń. Te z jednej strony stawiają przed nim wysokie wymagania, natomiast, dzięki współpracy przełożonych z Łaską Bożą, prowadzą go kroczek za kroczkiem, aż do przeżycia rzeczy, o których wcześniej mógł jedynie pomarzyć.

Jednym z istotnych elementów jezuickiego charyzmatu jest indywidualna rekolekcyjna rozmowa, podczas której, znowu dzięki Panu Bogu, jezuita może obserwować, a można nawet użyć słowa – kontemplować, jak rekolektant spotyka się ze swoim Stwórcą i Panem i jak to spotkanie przemienia jego sposób zarówno myślenia jak i widzenia życia. Możliwość towarzyszenia ludziom w rekolekcjach to jeden z najwspanialszych darów, o których nawet nie śniłem wstępując do zakonu.

Mając więc za sobą wysiedziane godziny rozmów, a właściwie słuchania, jak ludzie opowiadają o swojej modlitwie, myśląc o spowiedzi miałem mieszane uczucia. Przecież w rekolekcjach ludzie doznają uzdrowienia, co więcej, to uzdrowienie dokonuje się w czasie, czy więc spowiedź może odmienić człowieka, skoro przeżywana jest czy to okazyjnie, czy to z przyzwyczajenia?

Takie pytania zadawałem sobie, aż do dwutygodniowego dyżuru spowiedniczego, który każdy z nowowyświeconych musiał „odpracować” w naszym, jezuickim sanktuarium w Świętej Lipce, na styku Warmii i Mazur.

A tam? Gorąco, dziesiątki grup turystów [bo przecież nie pielgrzymów!], przepocony zgiełk ludzi.
Ale pomimo tego, chciało się siadać w konfesjonale, mimo że tak nie wygodnym, że trzeba było się ratować czasami środkami przeciwbólowymi i spać na ziemi. Przychodzili. W różnym wieku. Z różną frekwencją spowiedzi. Niektórzy, jak co tydzień, inni po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat. Jeszcze inni, z regionu, trochę na szybko, bo… muszą za chwilę mszę odprawić u siebie w parafii.
Odpustowy Festiwal Bożego Miłosierdzia.
Jeszcze nigdy, nigdy, przenigdy, nie widziałem tak naocznie, jak Bóg przecina więzy, jak przytula strwożonych, jak podnosi przygniecionych. U Łukasza Jezus na początku swojej działalności mówi: Duch Pański (…) posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana.”

I już nie wątpię w spowiedź.

Eucharystia

:)

Kiedy, w tym roku, jeden z jezuitów rozdawał obrazki prymicyjne, starsza pani, wzięła, pierwszy… drugi… potem zapytała ministranta „A nie ma czegoś weselszego?” Moja mama powiedziała to samo, kiedy rok temu zobaczyła mój – „Wy wszyscy macie jakieś dziwne te obrazki”.
Miałem tylko dwa wzory. Na jednym ikona Jezusa nauczającego, na drugim jedynie Jego Twarz, również ikona. Aby wpatrzyć się w Jego Twarz, i już zawsze widzieć ją w twarzach innych, a szczególnie, aby widzieć Ją patrząc w lustro.

Mam takie dwa, ważne dla mnie momenty podczas Mszy Świętej. Pierwszy to ten, kiedy to ksiądz mówi:

Módlcie się, aby moją i waszą ofiarę przyjął Bóg Ojciec Wszechmogący.

Prosi tym samym zebranych o błogosławieństwo, aby w ich imieniu mógł sprawować tę Ofiarę.

Drugi, to modlitwa, którą się odmawia po cichu, przed „Oto Baranek Boży”:

Panie Jezu Chryste, Synu Boga Żywego, * Ty z woli Ojca, * za współdziałaniem Ducha Świętego, * przez swoją śmierć dałeś życie światu, * wybaw mnie przez najświętsze Ciało i Krew Twoją * od wszystkich nieprawości moich i od wszelkiego zła; * spraw także, * abym zawsze zachowywał Twoje przykazania * i nie dozwól mi nigdy odłączyć się od Ciebie.

Kiedy ktoś mi mówi, że ma problem, bo nudzi się na Eucharystii, zwykle mówię mu, żeby znalazł sobie jeden taki „swój moment”, który najbardziej mu się podoba [który mu najbardziej smakuje], i niech całą Mszę czeka właśnie na niego, niech to będzie jego szczególna modlitwa.

Ja mam dwa takie momenty.

Być księdzem za książkami

:(

Pierwszy rok bycia jezuitą – księdzem ma najczęściej swoją specyfikę… uniwersytecką. Kto jest bardziej obeznany z naszą formacją, a takich obeznanych jest mało – szczególnie wśród samych jezuitów -, ten wie, że najczęściej, diakonat jezuita przyjmuje na koniec studiów teologicznych – pierwszego cyklu. Zaraz po nich rozpoczyna drugi cykl, studiów specjalistycznych, najczęściej 2, lub 3 letnich. Oznacza to, że kiedy zostanie wyświęcony na prezbitera, zanim ruszy z impetem do pracy, będzie musiał skończyć studia, a to oznacza godziny wysiedziane za biurkiem, dziesiątki [a czasami setki] zapisanych stron, elaboratów, pracek, notatek, recenzji itp. W takich realiach praktyka „bycia księdzem” jest bardzo utrudniona, a zwykle frustrująca.

Nie zmienia jednak to sytuacji, że dzięki kierownictwu duchowemu, młody jezuita, ma możliwość, aby krok za kroczkiem poznawać świat w który został wprowadzony przez biskupa, który mu, może trochę zbyt obficie, pomazał ręce olejem.

 

Taki to był mój pierwszy rok bycia księdzem, za który jestem niesamowicie wdzięczny Panu Bogu.
A Ciebie, Drogi Czytelniku, proszę jedynie o krótką modlitwę, abym wytrwał w powołaniu.