Cztery śmierci Boga jedna śmierć człowieka

Cztery śmierci Boga jedna śmierć człowieka

Dużo czasu minęło, kiedy Nietzsche opisywał szalonego człowieka wieszczącego śmierć Boga. Myślę jednak, że o ile autor swoje opowiadanie konkluduje, mówiąc że nikt nie rozumie jego proroctwa to o tyle właśnie dziś jego słowa realizują się w swojej pełni.

 

„Czy nie słychać jeszcze zgiełku grabarzy, którzy grzebią Boga? Czy nie czuć jeszcze boskiego gnicia? – i bogowie gniją! Bóg umarł! Bóg nie żyje! Myśmy go zabili!”

 Wiara i moralność

Czy nie jest tak, że coraz bardziej świdruje nas ten głód widzenia Boga? Czy nie jest tak, że coraz bardziej zadajemy sobie pytania o sens naszych praktyk, modlitw, trwania w moralności chrześcijańskiej, bo wydaje się, że to wszystko przestaje mieć jakikolwiek sens. „Czy się ukrywa? Może boi się nas? Czy nie wsiadł na okręt? Wywędrował – tak krzyczeli i śmieli się w zgiełku.” – powątpiewali ludzie u Nietzschego, a Tom Waits w tłumaczeniu Kazika Staszewskiego śpiewa „A gdzie Bóg? Nie ma go! Bóg skoczył zrobić biznes! Biznes!” Tak jakby trwała Wielka Sobota. Doświadczamy więc rozdarcia między naszymi przekonaniami, wiarą, a tym co na zewnątrz. Bóg, kochający, miłosierny, a gdzie jest On, kiedy umierają niewinni? Niemiecki teolog Johann Baptist Metz, podkreśla, że na pytania o cierpienie i Bożą Obecność nie można dawać zbyt pochopnych odpowiedzi. Należy się wsłuchać.

Tak czy inaczej rozdarcie spowodowało, że nie tylko nasza moralność, a więc nasze postępowanie, jest inne niż nasza wiara (zakładając, że w ogóle wierzymy). Nie trzeba szukać daleko, wystarczy spojrzeć co wierzący deklarują odnośnie swoich przekonań dotyczących etyki seksualnej, albo w jaki sposób traktują siebie nawzajem w małżeństwach.

Bardzo często można jednak spotkać też postawę dokładnie przeciwną. Kiedy to ludzie pozostają zamknięci w systemie religijnym, mimo, że ich wiara przypomina raczej… grób.

Umarł więc w nas Bóg wiary; umarł i Bóg moralności.

Kultura i język

Kultura to nie tylko sztuka, ale przede wszystkich to nasz codzienny sposób w jaki organizujemy sobie życie, biblijnie można by powiedzieć, w jaki „czynimy sobie ziemię poddaną”. Znów wrócimy do Nietzschego „Jakże się pocieszymy, mordercy nad mordercami? Najświętsze i najmożniejsze, co świat dotąd posiadał, krwią spłynęło pod naszymi nożami – kto zetrze z nas tę krew? Jakaż woda obmyć by nas mogła? Jakież uroczystości pokutne, jakież igrzyska święte będziemy musieli wynaleźć?”. Jest jeden sposób. I my wszyscy go znaleźliśmy. To zapomnienie. Kryterium naszego przebywania i podporządkowywania sobie świata uczyniliśmy nasze chwilowe samopoczucie. Nie liczą się więc dla nas wczorajsze decyzje, ani jutrzejsze konsekwencje. Umarł Bóg kultury, który był wyznacznikiem pamięci, co więcej, o którym pamięć stanowiła Jego Obecność, czy to w pojęciu żydowskiej Paschy, czy chrześcijańskiej Eucharystii. Kiedy nie liczy się historia, człowiek ma wrażenie, że sam… stał się bogiem.

O Bogu pada ciągle wiele słów, to bardzo modne i przyciągające uwagę, wzbudzające wiele emocji i udostępnień na facebooku, skrytykować Kościół, biskupa, patologie małżeńskie, wywołać dyskusję stwierdzeniem balansującym na granicy wiary i dobrego smaku. I o ile chyba nikt nie zaprzeczy, że etyka tabu nie wychodzi nigdy na dobre, o tyle dialog o Bogu zamieniliśmy na paplaninę, której jedynym wyznacznikiem jest wzbudzić emocje. Łudzimy się jeszcze tylko, że te emocje można utożsamić z modlitwą. Jesteśmy niestety w błędzie. Bóg języka, który wprowadzał człowieka w świat znaczeń ożywiających jego modlitwę… umarł.

Śmierć człowieka

Czy nie jest tak, że kiedy sami siebie uczyniliśmy bogami, kiedy uczyniliśmy siebie sami jedynymi suwerenami moralności, wyborów, decyzji, języka i kultury, czy nie jest tak, że w tym wszystkim skazaliśmy nas samych na ogromny strach? Bańka samowystarczalności, sukcesu, co jakiś czas pęka. Zaczęliśmy więc gonić za nieśmiertelnością, myśląc, że okiełznaliśmy naturę, że na wszystko jest jakaś tabletka, że o wszystkim możemy decydować. Kiedy jednak pojawia się cierpienie, którego nie jesteśmy w stanie okiełznać, ani słowem, ani jakimkolwiek czynem, wówczas staramy się usunąć je z horyzontu naszego życia – albo przez ostateczne rozwiązanie, albo przez oddanie fizyczne. Zbrzydła nam śmierć i starość. Pozbywamy się więc tego, co stanowi kolejne poziomy naszej tożsamości. Deponujemy je w technicystyczno-krzemowym systemie. To co ludzkie kojarzy nam się ze słabością, marząc o nieśmiertelności, dokonujemy ofiary z naszej słabości na rzecz tego, co uczyniliśmy długowiecznym. Takie właśnie nasze nowe pogaństwo.

Zmartwychwstanie?

Dobra Nowina chrześcijaństwa nie polega na udowadnianiu, że Bóg nie umarł. Wręcz przeciwnie. Jezus Chrystus, Bóg – Człowiek, prawdziwie umarł.Nie schował się na trzy dni, nie udawał. Umarł tak jak każdy z nas. Dobra nowina polega na tym, że co prawda umarł, ale zmartwychwstał i żyje.Metz, kiedy stara się nakreślić to co moglibyśmy nazwać horyzontem zmartwychwstania, jest daleki od triumfalizmu. Zmartwychwstanie jest niezauważalne, bo da się mu zaprzeczyć, tak jak Maria, zmartwychwstałego Jezusa, zawsze można pomylić z ogrodnikiem. Jak zmartwychwstaje w nas Bóg, który umarł? Przez nasz krzyk, który mimo iż głośny, to obecność Boga może pozostać niezauważona.

Krzyk Chrystusa z krzyża „Boże mój, Boże mój, dlaczegoś mnie opuścił”… to krzyk opuszczenia, rozdarcia, przez który przebija już pełne boskiej obecności światło poranka zmartwychwstania. To wołanie Boga o Boga. Czasami, kiedy cierpimy to wzbraniamy się przed gniewem na Boga, przed złością, przed krzykiem i łzami. Jak strażnicy, którzy podtrzymują kamień grobu, aby Chrystus, który już zmartwychwstał przez przypadek nie wydostał się na zewnątrz. Taki krzyk musi wybrzmieć, i chociaż pyta, niekoniecznie chce usłyszeć jakąś ustrukturyzowaną klarowną odpowiedź – te mają to do siebie, że z pewnym wysiłkiem zaspokajają co prawda umysł, ale serce trwa dalej w konwulsjach.Język modlitwy zwykle jest dużo bardziej pojemny niż język teologii.

Naszym problemem jest, że Chrystus mimo, iż zmartwychwstaje to nie usuwa ani możliwości grzechu, ani cierpienia. Jednak to pamięć o cierpieniu, naszym, naszych bliskich, a w końcu pamięć o śmierci Jezusa sprawia, że nasze życie nabiera odpowiedniego kursu. Nie chodzi o to, że człowiek ma na sobie wymusić jakiś pełzający smutek. Nie chodzi również o to, żeby depresyjnie rozdrapywać rany – to by było zbyt płytkie. W cierpieniu i pamięci o nim opadają z nas maski i cała nadbudowa, która miała nam zapewnić złudny komfort wiary. Owocem pamięci nie jest więc rozpad naszego szukania Boga, ani tym bardziej rozpad nas samych, ale dzieje się wręcz przeciwnie, tak jak pisał św. Paweł „I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.” (Rz 8, 38-39) Wsłuchanie się w cierpienie jest najsilniejszą walką z nim. Ono nie jest bowiem celem naszego życia – nie powinniśmy go szukać. Jednak ucieczka przez wypieranie, czy zapomnienie co prawda daje odpoczynek, ale tylko na chwilę, aż do momentu, kiedy znowu nas dopadnie.

 

 

Tekst ukazał się na deonie.